Nigdy wcześniej w historii Premiership drużyna, która prowadziła do przerwy 4-0, nie straciła zwycięstwa. Po takim show mamy pełne prawo czuć się źle. Na prawdę źle.
Emocje opadły. Może dzięki temu co wydarzyło się kilka godzin później na Molineux ( porażka Manchesteru United z ostatnim w tabeli Wolve’s) odbiór tego spotkania jest nieco łagodniejszy, ale dla nas, kibiców Arsenalu, to wciąż jest porażka. Niby remis, a jednak porażka.
Analiza tego…czegoś..
Dosyć już obwiniania Diaby’ego. Dosyć nazywania sędziego Doubt’a najgłupszym arbitrem w historii, choć bez dwóch zdań jest Cunt’em jakich mało. Dosyć psioczenia na brak szczęścia, kopiących nas rywali i beznadziejną murawę na St Jameses Park.
Dzięki czemuś niewiarygodnemu, co możnaby nazwać magią futbolu, pomimo najgorszych 45 minut w historii piłki, zbliżyliśmy się do Manchesteru o jeden punkt. Dacie wiarę?
To czego doświadczyliśmy musi zostać za nami. Nie wiem czy zapisanie się w historii angielskiej piłki odciśnie się na naszej psychice równie mocno jak pierwsza porażka w tym diamentowym sezonie na psychice United, ale miejmy nadzieję, że ten weekend jednak przekujemy w coś dobrego. Przegrało United, przegrała Chelsea…
Przed nami…
Trzy ligowe spotkania na własnym stadionie. Z Wolve’s, Stoke City i Sunderland. W tym samym czasie, United spotkają się w derbowym boju z City, wyjadą do wracajacego na właściwe tory Liverpool’u i na zawsze ciężki stadion DW by zagrać z walczącym o utrzymanie Wigan.
Musimy skasować 9 punktów i spokojnie obserwować co będzie. Jeśli będzie dobrze, znajdziemy się na szczycie tabeli.
I kto wie…może będziemy tam stać, w glorii zwycięstwa w finale Curling Cup i odprawieniu z kwitkiem slynnej Barcelony?
he he he
trzymajcie sie Kanonierzy. Głowa do góry!







